
Adam Dobrzyński
Rozmowa z Tomkiem Marsem i Michałem Zabłockim
„Planujemy współpracę do grobowej deski, nie wiadomo co prawda co z tego wyjdzie ale ja zwykle lubię wyzwania długoterminowe”
Adam Dobrzyński: Zaczynamy standardowo, od początku. Jak doszło do tego by powstał album o burdelu i do tego w męskim wydaniu?
Tomasz Mars: Ja grałem głównie piosenki o miłości, bardzo poetyckie i romantyczne. Było to wówczas gdy grałem na gitarze i z zupełnie innym składem niż ten, który rejestrował płytę. Potem oduczyłem się ich wykonywać bo w środowisku krakowskim wielu jest takich artystów i wszystko zlewało się w jedną całość. Zacząłem poszukiwać bardziej mocnych i wyrazistych form tekstowych. Odkryłem wówczas takiego poetę, Bruno Jasieński się nazywa - w okresie Dwudziestolecia Międzywojennego tworzył. Zacząłem adaptować „Rzygające posągi” i kilka innych wierszy o podobnej tematyce jego autorstwa ale chciałem też do niego zadzwonić, porozmawiać a to niestety było niemożliwe, bo jak wiemy, ów poeta dawno temu zmarł. Poszukiwanie podobnych teksów poprzez wertowanie tomików, ksiąg wszelakich, jest niezwykle mozolne i czasochłonne ale walczyłem nadal. Aż któregoś dnia będąc zaproszonym do wystąpienia gościnnego w „Piwnicy pod Baranami” zauważył mnie Michał.
Michał Zabłocki: Stałem sobie z boku i faktycznie Tomek wpadł mi w oko. Posiadał rzadką ekspresję wśród scenicznych artystów, to znaczy połączoną z dość oryginalnym głosem. Pomyślałem sobie wówczas, że warto z tym głosem byłoby w przyszłości coś zrobić. Ale wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem w jaki sposób. Potem spotkaliśmy się, gdy Tomek w jakimś rockowym girlsbandzie sobie też interesująco poczynał i spotkaliśmy się na naradzie, na której ostatecznie siedzący obok artysta, zarzucił typową dla Krakowa liryczną tematykę.
Wyszliśmy od wierszy pisanych przeze mnie na zamówienie podczas koncertów. Zwykle są to wiersze o tematyce erotycznej, pikantnej, ogólnie ostre. Tomek po dłuższym zastanowieniu i - powiedziałbym - rozmowach z bliskimi mu znajomymi, wszedł w to.
AD: No tak ale premiera płyty to też i moment gdy ukazuje się tomik Twoich wierszy. Czy to będzie spójne – prócz tematyki? Czy będzie na przykład dołączony do płyty?
Michał Zabłocki: Dokładnie. „Trzynaście najgorszych wierszy” będzie w formie książkowej i znaleźć je będzie można w dodatku do płyty. To są wiersze faktycznie najgorsze z tych najgorszych. Przymierzaliśmy się do wielu rozwiązań, bo tych wierszy licytowanych jest już ponad 150. Santorski ze spółką chciał to wydać (byłaby to forma wręcz albumowa), ale potem zmienili się w wydawnictwie ludzie i ci nowi nie byli do tego pomysłu aż tak pozytywnie nastawieni. Więc ograniczyliśmy się do płyty plus tomik wierszy.
AD: Skupmy się na konkretnych pozycjach jakie są na krążku. Interesują mnie, powiedzmy, dwie kompozycje, choć mówić moglibyśmy o wszystkich. „Pedały” i niezwykła oniryczna pieśń utrzymana w rewelacyjnym mrocznym klimacie „Riki tak”. Można wiele kombinować, ale intrygujący jest ten co pcha a jeszcze bardziej ta, którą ów ktoś „popycha” w tym utworze.
Tomasz Mars: O „Riki tak” powiem tak - jestem osobą, która na scenie wciela się w postaci, o których śpiewa i na temat tego wiersza mogę powiedzieć tyle, że z tego co wiem, był on jednym z tych, które poecie Zabłockiemu się przyśniły.
„Pedały” zaś...
AD: Ma dwuznaczną treść...
Tomasz Mars: To prawda. Zaczyna się „Jestem pedałem przy twoim rowerze”, tak niewinnie, prawda? Mam nadzieję, że ludzie słuchają piosenek i nie pozostają tylko przy dwóch pierwszych linijkach tekstów bo dopiero później poznaje się klucz do interpretacji tych wierszy. Z tego co wiem, gdy ludzie na koncercie są po raz pierwszy, drugi czy trzeci zmieniają sposób myślenia na temat treści, które śpiewam a zdarzyło się nieraz, że za którymś z kolei przesłuchaniem ktoś do mnie podchodził i mówił, „ja dopiero teraz zrozumiałem o co w tym tekście chodzi”. I to jest piękne, bo to są utwory wielokrotnego użycia.
Michal Zablocki: „Riki tak” to jest takie senne marzenie, które rządzi się własnymi prawami bo jak powiedział kolega Mars, wszystko mi się przyśniło. Także interpretacji po wysłuchaniu może być wiele, jedno co jest pewne, że wszystko to dzieje się w scenerii szpitalnej i pchającym może być sanitariusz a „popychanym” jak to słusznie zauważyłeś, na przykład piękna młoda i powabna babcia...
Tomasz Mars: Jak dla mnie to jest utwór bardzo erotyczny.
Michal Zablocki: Zaś „Pedały” powstały pod wpływem - a może lepiej na skutek - rozmowy z pewna panią, która skarżyła mi się na swojego męża. Kiedyś już napisałem, że pisanie, śpiewanie i mówienie w ogóle o pedałach - tu podkreślam, że analizujemy samo słowo - w naszym kraju jest niepoprawne politycznie, śpiewanie tak o kimś mogłoby uchodzić za prowokację, ale o sobie – w pierwszej osobie, jest rodzajem masochizmu, założenia sobie pętli na szyję, wręcz oznaką głupoty (szyderczy uśmiech w kierunku Marsa). Co do innych tekstów i okoliczności ich napisania a także sum za jakie zostały wylicytowane, odsyłamy do książeczki płytowej, tam wszystko jest napisane....
AD: A te pieniądze. Co się z nimi dzieje - mówię o tych wpływach z licytacji oczywiście...
Michał Zabłocki: Cóż, dzięki nim w miejscach gdzie koncertujemy, zwykle przesiadujemy do rana.
Tomasz Mars: Jak mówią koledzy „cały zarobek idzie przez nasz dziobek” i tego będziemy się trzymać.
Michal Zablocki: Przez dwa sezony występów w „Piwnicy pod Baranami” przepiliśmy w tamtejszym barze ponad 17 tysięcy złotych, więc uznaliśmy, że trzeba zmienić bar. I przenieśliśmy sie do Alchemii.
AD: Tomku, czy czujesz się wychowankiem „Piwnicy pod Baranami”?
Tomasz Mars: Nie nie nie, to nie jest stylistyka, którą chcemy uprawiać. Chcemy jednak grać po klubach dla trochę innych odbiorców choć ten „piwniczny” bardzo cennym jest. Owszem kiedyś miałem propozycję, bo kabaret cierpiał na chroniczny brak męskich głosów i na nadmiar kobiet w długich czarnych sukniach... Ale to jednak nie ten klimat. Zawsze unikałem hermetycznego ograniczania a tam bym się tak czuł.
AD: Na Twojej stronie znalazłem takie stwierdzenie, że jesteś pierwszym polskim „rockowym artystą kabaretowym”. O co w tym chodzi?
Tomasz Mars: Wiesz, ludzie zawsze chcą, nie tylko dziennikarze - broń Boże- szufladkować. A z nami był problem. Stąd pojawiło się stwierdzenie idealnie chyba odzwierciedlające co robimy i chcemy czynić dalej. Muzycznie zmierzamy w stronę muzyki rockowej ale teksty, które sprzedajemy to typowe kabaretowe klimaty. Stąd taki zlepek.
AD: To pytanie bardziej do Michała. Czy planujesz dla Tomka kolejne materiały na płytę, czy ów „Męski burdel” jest projektem jednorazowej użyteczności?
Michał Zabłocki: Powiem tak. Planujemy współpracę do grobowej deski, nie wiadomo co prawda co z tego wyjdzie ale ja zwykle lubię wyzwania długoterminowe. Na razie jesteśmy zadowoleni z koncertów i czekamy jak zostanie przyjęty album. Może skończymy przy czterdziestej płycie?
Tomasz Mars: Ze swojej strony obiecuję, że stylistyka muzyczna i kolorystyka książeczki pozostaną utrzymane na następnych ewentualnych płytach. Chyba nie będzie Tomasza Marsa śpiewającego miłosne piosenki o nadmorskich miłościach, choć jeśli już, to z dużym przymrużeniem oka.
AD: A mnie intryguje jeszcze Wasz wydawca. Miał być Universal a trafiliście do Metal Mind Productions, które specjalizuje się w muzyce rockowej, metalowej czy progresywnej...
Michał Zabłocki: Dlatego, że Universal zmienił swoją dyrekcję na miesiąc przed wydaniem naszej płyty. Miała pierwotnie ukazać się w maju a już w kwietniu nastąpiła burza, sporo zmian i wiele zerwanych umów. Zostaliśmy więc na lodzie. Do tej pory nikt nawet się z nami nie skontaktował. Ja postanowiłem szukać dalej a ten kontakt dostałem od Macieja Schwartza, managera Maleńczuka i Świetlickiego. Poznałem go nie zawodowo, a zwyczajnie, przy barze i prawdopodobnie tylko dzięki temu przypadliśmy sobie do gustu. To on podał mi numer telefonu do Tomasza Dziubińskiego, „prezia” Metal Mind`u i, o dziwo, spodobaliśmy się... sobie.
AD: Dzięki Wam panowie bardzo.